W ciemnym pokoju, z którego już dawno znikły zabawki i plakaty ulubionych drużyn koszykarskich, unosił się biały, gesty dym. Przy dużym drewnianym biurku siedział on. Jego twarz oświetlały jedynie światła nigdy nie śpiącego Manhattanu. Zaciągnął się po raz kolejny dymem ze skręta aby po chwili wypuścić go z płuc. Zgasił peta w kryształowej popielniczce, zdjął nogi z biurka i ruszył w stronę barku z najlepszymi trunkami. Uśmiechając się pod nosem przeszedł przez zadymione pomieszczenie i zatrzymał się przed szafką z kryształowymi szybami. Przez chwilę błądził wzrokiem miedzy butelkami nie mogąc się zdecydować na co ma ochotę. Ostatecznie jego dłoń spoczęła na butelce Dalmore Trinitas z 1939 roku, kosztująca jak dla niego małą sumkę 150 tysięcy dolarów. Z wyższej półki zdjął kwadratową, niską szklankę i wlał do niej alkohol. Zamknął półkę i skierował się w stronę okna. Usiadł na parapecie i spojrzał w dół na ulice miasta, które w połowie należało do niego. Przysunął szklankę do ust i napił się Trinitasa. Alkohol powoli rozszedł się po jego przełyku, lekko podrażniając jego gardło. Wspomnienia powróciły kolejny raz. Nie potrafił się ich pozbyć albo po prostu nie chciał… „Patrzył w dół na ulice kiedy usłyszał donośny huk, jakby ktoś upuścił na ziemię coś ciężkiego.” Mięśnie Justina napięły się, odwrócił głowę i błądzącym wzrokiem rozejrzał się po pokoju. „Wstał gwałtownie i skierował się w stronę drzwi. Kiedy je otworzył zobaczył przerażonego ojca, który spojrzał na niego i powiedział.” Justin przez dłuższą chwilę przyglądał się drzwiom. Pamięta jak wyszedł na korytarz, zobaczył przerażonego ojca i usłyszał strzał. Odwrócił się z powrotem w stronę okna. Po drugiej stronie ulicy właśnie zatrzymało się srebrne Audi r8. Z samochodu wysiadł jego przyjaciel. Wiz otworzył drzwi od strony pasażera i gwałtownym ruchem wyszarpał z pojazdu dobrze znanego mu mężczyznę. Wydało mu się to dziwne z racji tego, że wszystkie sprawy były załatwiane w innych miejscach niż jego dom. Jego kumpel trzymał gościa za kurtkę i prowadził go do domu. Chwile później usłyszał huk drzwi i dobrze znany mu głos Waltera.
- Pilnujecie skurwysyna a ja idę po Revenga.
Usłyszał wbieganie po schodach, a potem drzwi otworzyły się z impetem. Nawet nie odwracając głowy zapytał.
- Nie ma hajsu na spłatę ostatniej działki. – odpowiedział Wiz.
- Ile razy wam tłumaczyłem co z takimi robimy? – powiedział i napił się whisky.
- Tak wiem, ale gościu pierdolił o córce, rodzinie. Poza tym jak miałem mu sprzedać kulkę w łeb na środku Central Parku? – powiedział Twist i spojrzał na Biebera.
Revenge spojrzał na przyjaciela. Ścisnął szklankę trzymaną w dłoni. Walter zerknął na trzesącą się rękę Justina. Chwilę później szklanka z whisky rozbiła się o ścianę koło jego głowy. Sam Wiz został złapany za ubrania pod szyją i podciągnięty do góry. W oczach Revenga nie było nic poza złością.
- Jebie mnie to! Ja też miałem rodzinę. Wszyscy mieli w dupie to, że zostałem z tym wszystkim sam. Nie wydaje mi się żebyś dołączył do naszej ekipy dla rozrywki. To nie ja zabiłem Ci brata, który poświęcił dla ciebie wszystko. Nie pierdol mi o rodzinie! Master i jego ludzie nie znają takiego słowa! – krzyknął Justin i puścił przyjaciela. – Na dół! Zamknij drzwi i okna.
Wiz wyszedł szybko z pokoju. Revenge przydeptał resztki rozbitej szklanki i opuścił pomieszczenie. Zatrzaskując drzwi usłyszał głos.
- Justin czy cos się stało? – zapytał Bob.
- Nie Bob. Idź do pokoju o ile się nie mylę właśnie zaczyna się mecz Yankeesów.
- Wiem. Gdybyś czegoś chciał wołaj głośno. Wiesz starość nie radość, słuch nie ten.
- Wiem, wiem Bob. – powiedział i poklepał staruszka po plecach.
odprowadzając go pod drzwi pokoju.
Bob wszedł do pokoju na końcu korytarza, zamknął drzwi i włączył telewizor siadając w fotelu. Bieber czekał przez chwilę aby upewnić się, że Bob nie usłyszy tego co będzie działo się na dole i zszedł po schodach. W salonie na kanapach siedzieli jego ludzie. Każdy z nich miał swoją przeszłość. Jedni przyszli do niego z ulicy inni to dzieciaki ludzi, którym ufał jego ojciec. Każdy z nich miał cel, jeden i ten sam, który ich napędzał. Każdy z nich coś stracił i każdy z nich chciał zemsty. Ich znakiem rozpoznawczym była korona z wijąca się wokół kobra królewską wytatuowaną na nadgarstku. Zerknął na nich katem oka. Byli zestresowani.
- Drake i Ripper przygotujcie wóz. Trzeba będzie wywieść śmieci. – powiedział i ruszył do suteryn.
- Robi się. – odpowiedział bliznowaty. Obydwaj wstali z kanapy.
Schodząc po schodach wiedział, że Wiz zrobił to co było według niego słuszne, ale nie zmieniało to faktu, że sytuacje takie jak tak mogły ich zdradzić. Federalni i tak już węszyli. Miał wrażenie, że wszystkie te gówna nakładają się na siebie. Od kiedy siedzi w tym wszystkim nie było większych problemów z utrzymaniem wszystkich jego działań w tajemnicy. Od pewnego czasu musiał jednak ostrożniej dobierać miejsca sprzedaży i odbioru towaru. Nie miał do niego pretensji, jednak wiedział tak jak i jego ludzie, że w tej robocie nie ma czegoś takiego jak dobre uczucia. Musisz być bezwzględny, mściwy, przebiegły. Nie możesz ufać, bo ludzie to skurwiele.
Schodząc dalej w dół, Revenge słyszał błagania Rossa i krzyk Waltera.
- Trzeba było uzbierać ten pierdolony szmal! Nie musiał byś się teraz stresować! Twoja rodzinka byłaby bezpieczna a ja o mało nie zostałbym zabity szklanką. Pierdoliłem Ci o tym chyba z jakieś milion razy. Nas nie robi się w balona a tym bardziej nie stara się uciekać. Płacisz jesteś „przyjacielem” nie płacisz jest równe z tym, że za kilka miesięcy nikt nie będzie pamiętał, że istniał ktoś taki jak Paul Ross. No może poza twoją żoną i dziećmi, którzy co miesiąc będą chodzili na twój grób sadzić śmierdzące kwiatki. W sumie to wiesz nigdy nic nie wiadomo może twoja kobieta właśnie robię dobrze jakiemuś białasowi. Podobno ludzie uczą się na błędach ty chyba jednak nie będziesz miał okazji, żeby się o tym przekonać. Paul, a wystarczyło tylko trochę współpracy.
Justin uśmiechnął się pod nosem słysząc słowa kumpla. Twist miał zaledwie siedemnaście lat a czasem zachowywał się jakby był starszy od niego. Był jedyną osobą w tym syfie do której miał pełne zaufanie. Inni byli pionkami w jego grze. W grze o honor, pieniądze i władze w Nowym Jorku. Bieber otworzył ciężkie, metalowe drzwi i wszedł do ciemnej piwnicy. Ross siedział na krześle z pistoletem przystawionym do skroni. Kiedy on wszedł do pomieszczenia odwrócił nerwowo głowę w jego stronę. Wiz odsunął pistolet od głowy mężczyzny.
- Ross dlaczego zawsze ty sprawiasz kłopoty, co? Widzieliśmy się o ile dobrze pamiętam dwa tygodnie temu. Powiedziałem ci wtedy kasa albo kula w łeb. Zielonych nie ma, dlatego z dwóch wariantów zostaje ten gorszy dla ciebie. – powiedział, podszedł do niego, chwycił go za szyję i przygwoździł do oparcia krzesła.
- Dajcie mi jeszcze dwa tygodnie. Obiecuję, że przyniosę wam te pieniądze..- powiedział prawie na bezdechu przerażony Paul.
- Dwa tygodnie tu, dwa tygodnie tam. Przesuwałem ci termin spłaty długu kilka razy. Gdy zbliża się ten dzień, dziwnym trafem starasz się rozpłynąć w powietrzu. Trochę nieudolnie. – syknął i ścisnął mocniej szyję Rossa. – Nie będę się z Tobą pierdolił! Twój czas minął bezpowrotnie!
Facet próbował coś jeszcze powiedzieć, ale nie był w stanie. Ucisk na gardle był za mocny.
- Wiz zostaw pistolet i zmiataj na górę.
- No weź Revenge. Nie mam pięciu lat. – powiedział murzyn.
- Nie wkurwiaj mnie jeszcze bardziej. Spieprzaj na górę.
- Dobra.. Masz. – powiedział Wiz i podał spluwę Bieberowi. Kierując się w stronę wyjścia z pomieszczenia. Justin przeładował pistolet i wymierzył nim w głowę mężczyzny.
- Młody cię już nie uratuję Ross. Jakieś konkretne życzenia przed śmiercią? – zapytał od niechcenia. Dziewiętnastolatek spojrzał mu w oczy. Teraz nie myślał jak człowiek, był maszyną do zabijania. Życie go takim stworzyło. Musiał być bezwzględny. – Nie? No to umawiamy się tak liczę do trzech, a na dwa strzelę ci w łeb. - Miłej podróży na tamten świat. Pozdrów aniołki. Powiedział i stanął bokiem do ofiary. No to co odliczamy?
W pomieszczeniu zapadła głucha cisza. Chłopak położył palec na spuście Colta Double Eagle.
- Raz! - Bieber przestrzelił mu kolano. Po pomieszczeniu rozszedł się krzyk Rossa. Facet zgiął się w pół. W tym samym momencie Revenge krzyknął:
- Dwa! - Ułamek sekundy później głowa Paula Rossa pod wpływem siły pocisku odgięła się gwałtownie w bok, a jego ciało spadło z krzesła. Na podłodze utworzyła się plama krwi. Bieber przeładował pistolet, i wsadził go do półki wiszącej na ścianę, którą zamknął na klucz. Ostatni raz spojrzał na zmasakrowaną czaszkę swojej ofiary i zostawiając otwarte drzwi wyszedł na górę.
Gdy wszedł do salonu zobaczył Waltera oraz resztę swoich ludzi siedzących na kanapie i oglądających mecz. Wiz obrócił głowę w stronę Justina i uśmiechnął się do niego mówiąc:
- Ubrudziłeś buźkę podczas zabawy.
Szatyn podszedł do lustra stojącego w przedpokoju. Spojrzał w nie i zobaczył, że na jego policzku jest parę kropli krwi Rossa. Szybkim ruchem przetarł zewnętrzną częścią dłoni ciemno czerwoną maź i wrócił do chłopaków.
- Posprzątajcie to ścierwo z piwnicy.
Drake i Ripper zerwali się na równe nogi i zabrali się za wykonywanie polecenia. Brązowo oki usiadł na sofie obok przyjaciela i zaczął oglądać mecz. Niecałe dziesięć minut później usłyszał za plecami szelest foli. Ripper i Drake wynieśli ciało za dom gdzie stała czarna furgonetka. Wrzucili truposza na tyły auta, wsiedli do niego i z piskiem opon pojechali zatrzeć ślady.
- Scar zadzwoń do Mikea, opisz mu całą sytuacje, a on już będzie wiedział co ma zrobić.
Scar wyszedł z salonu do kuchni w celu zamknięcia całej zaistniałej sytuacji. Justin oparł się wygodnie o kanapę i odgiął głowę do tyłu.
- Co jest? – zapytał Twist.
- Nic takiego. Po prostu mam dosyć tego, że do ludzi nie dociera to co się do nich mówi. Nawet jeśli kurwa daje się im szanse. Oni myślą że będą mnie wodzić za nos i udawać, że są mądrzejsi ode mnie. Większość tych no wiesz „twardych gości” po spotkaniu ze mną już wcale nie jest taka twarda. Jako dziesięciolatek przysięgając ojcu pomszczenie matki, nie miałem pojęcia, iż mając lat piętnaście po raz pierwszy zabije człowieka. To nie jest tak że ja chce zabijać i sprawia mi to jakąś przyjemność po prostu życie i rady Boba nauczyły mnie eliminować najsłabsze ogniwa. To co się dzieje w życiu każdego z nas nie jest zabawą, w tym wszystkim tak naprawdę chodzi o to żeby na końcu drogi o honor, władzę i pieniądze mieć więcej sprzymierzeńców niż wrogów.
- Dobra stary czaje, ale czemu nie mogłem zostać tam z tobą i czegoś się od ciebie nauczyć.
Szatyn spojrzał na przyjaciela i przewrócił oczami, łapiąc go za ramię.
- Walter tu nie ma się czego uczyć, zabijam bo muszę. Zresztą to jeszcze nie twój czas. Jesteś dla mnie jak młodszy brat, będę trzymał cię od tego z daleka jak najdłużej.
- Bieber co ty chrzanisz, po pierwsze chyba coś mówiłem ci o moim imieniu. Jeśli chłopaki dowiedzą się jak naprawdę ono brzmi to cię powieszę, po drugie jestem już prawie dorosły. – powiedział i uderzył Justina ręką w głowę.
- Młody, a wpierdolił ci ktoś kiedyś? – zapytał brązowo oki.
- Tak i to nie raz. – odpowiedział Wiz ze skrzywioną miną.
- Trudno, teraz poznasz siłę Revenga! – krzyknął i zaczął okładać kumpla pięściami.
- Ała kurwa, Bieber moje oko. Nie czuje oka, o cholera straciłem oko, coś ty zrobił idioto! Będę ślepy!
- Nie przejmuj się Walter za niedługo wyskoczy ci pod oczkiem śliwa. Makijaż permanentny za darmo, będzie Ci do twarzy w fioletowym.
- Zajekurwabiście podbij mi jeszcze drugie oko. Wiesz taki design.
- Nie ma sprawy. – szatyn zamachnął się i przyłożył kumplowi. – No to od jutra mówimy na ciebie spoko panda.
- Nie martw się kupię ci dużo bambusów na urodziny. – odparł szczerząc się.
- Kretynie wiesz co? Sam jesteś jak bambus! – krzyknął Twist.
- Pamiętaj, że ten bambus kupił Ci na gwiazdkę AUDI R8. – odchrząknął chłopak poruszając brwiami w górę i w dół.
Wiz spojrzał na przyjaciela z mina „dobra poddaje się”.
- No w końcu skończyliście drzeć pyski. Mike powiedział, że wszystkim się zajmie. – powiedział Scar.
- Dzięki, jak chłopaki wrócą zróbcie sobie wolne, tylko niczego nie spierdolcie. Ten dzień i tak był już wystarczająco pokręcony.
- Jasne, gdyby coś dzwońcie.
Parę godzin później, kiedy na Manhattanie zapadał już zmrok, Bieber siedział w swoim pokoju, czyli dawnej sypali jego rodziców. Nienawidził marnować cennego czasu więc aktualnie poświęcał go na robienie brzuszków wzmacniając swoje mięśnie brzucha. Uwielbiał ćwiczyć słuchając muzyki. Mógł się wtedy odprężyć. W słuchawkach usłyszał pierwsze dźwięki piosenki Kendricka Lamara „Swimming Pools”, wczuwając się w rytm kawałka robił kolejną serie brzuszków. Przy drugim refrenie poczuł jak ktoś trąca go w ramię. Wyciągnął słuchawki z uszu i spojrzał w górę. Był to stary Bob siedzący na jego łóżku.
- Co się dzieje Bob? – zapytał zdziwiony Justin. – Nie powinieneś już spać staruszku?
- Powinienem ale nie mogę, bo zastanawiam się jak długo jeszcze będziesz udawał, że wszystko jest w porządku.
- Co masz konkretnie na myśli? – zapytał szatyn.
- Siedzę w tym wszystkim trochę dłużej niż ty. Znałem twojego ojca i znam ciebie. Jesteście tacy sami. Twój ojciec też zaczął udawać, że ma wszystko pod kontrolą do czasu kiedy do gry weszła ceną jaką było życie twoje i twojej matki. Justin widzę co się dzieje. Zmieniłeś się, w przeciągu ostatniego miesiąc uśmierciłeś cztery osoby. Pomyślałeś o tym, że zabijając tych wszystkich ludzi, zachowałeś się jak ojciec młodego Johnsona. Kiedy zabił twoich rodziców. Szanowałem twojego ojca, ale nie chce żebyś był taki jak on. Wiem, że najchętniej zakończyłbyś to wszystko tak jak ja, ale obydwaj bardzo dobrze wiemy, iż jest to niemożliwe, ponieważ wiąże cię dane ojcu słowo, którego nie możesz złamać gdyż jesteś zbyt honorowy. Mam wrażenie, że nigdy nie zastanawiałeś się jak będzie wyglądała twoja przyszłość. Ta walka nie będzie trwała wiecznie. Po ostatecznej bitwie będziesz wygranym albo przegranym… Ale to zależy o co grasz. O swoje życie i szczęście, czy o to przeklęte miasto i pieniądze, które prędzej czy później cię zniszczą. Tylko ty możesz zdecydować co będzie znaczyło dla ciebie słowo wygrana.
Revenge przeczesał dłonią włosy i spojrzał na twarz Boba.
- Co mam ci powiedzieć? Że tak najchętniej pierdolnąłbym tym wszystkim i zajął się czymś innym?
- Skoro tak, może czas zrobić coś dla siebie. Ostatnie dziewięć lat poświęciłeś tym wszystkim wspomnieniom o rodzicach. Spróbuj wpuścić trochę szczęścia do swojego życia. – odparł staruszek.
- Wiesz, że to niemożliwe… Nie mogę nikomu ufać, sam mnie tego nauczyłeś.
- Nie, uczyłem cię że należy ostrożnie dobierać przyjaciół i współpracowników a nie katować się obietnicą złożoną ojcu, który nie ukrywajmy po prostu kierował tylko ludźmi, którzy byli za niego zabijani. Siedzisz już w tym trochę i dobrze wiesz jak jest. – powiedział Bob, poczochrał Justinowi włosy i wyszedł z pokoju.
___
Nie wiemy czy rozdział wam się spodoba, pisałyśmy go 6 godzin śmiejąc się z tych wypocin. Według nas nie jest dobry, ani nie jest zły. Sami go oceńcie, wpadłyśmy na taki pomysł na opowiadanie o Justinie, bo miałyśmy obydwie dość słodkiego Biebera. Pytanie tylko czy odpowiada Wam taka wizja? xD
Z niecierpliwością czekamy na Wasze komentarze.
Jeśli chcecie być informowani o dodaniu nowych rozdziałów na blogu, zapisujcie się w zakładce "Informed".
My tym czasem pozdrawiamy Was ;**
Mya & Marchel
P.S UZUPEŁNIENI BOHATEROWIE !! :D